Jak kupowaliśmy mieszkanie

Jeden z najcudowniejszych dni w życiu nadszedł: podpisaliśmy dokumenty i kupiliśmy mieszkanie!

Ale zanim do tego doszło:

Z chłopakiem mieszkamy w wynajmowanym lokalu już jakieś 3 lata. Nie było źle, poza tym że nienawidzę tego lokalu (celowo nie nazywam go ani domem ani mieszkaniem – ale o tym kiedy indziej), dopóki nagle ceny za czynsz do spółdzielni nie skoczyły prawie o 100%! Zwykle nie płaciliśmy więcej niż 500zł + 900zł za sam wynajem (no i media). We wrześniu przyszedł czynsz prawie 700zł! Skąd taka suma? Ogrzewanie, które umila nam życie w trybie piekarnik/lodówka w miesiącach wrzesień-kwiecień! I miła pani sprzątająca, która owe rozliczenia przynosi zapowiedziała, że do końca roku będzie prawie 900zł. 1800zł za wynajem lokalu, nawet 3 pokojowego, 68m2 z 2 balkonami w centrum to stanowczo za dużo! Zwłaszcza, jeśli lokal ma standardy rodem z PRLu (w jednym z pokoi stał nawet czarno-biały telewizor, a kuchnia jest jednotyłkowa i nie mieści się w niej nawet lodówka). Mój tata uznał, zaczął się źle czuć, uznał, że czas iść na swoje. Że chce nam jeszcze pomóc spłacać. I miał rację. Płacąc kredyt za własny dom, nawet z czynszem, to nadal własny dom. No i wychodzi taniej!

Zaczęliśmy od wizyty w banku. Miła pani poinformowała nas, że nasze możliwości kredytowe to 185.000 zł, ale lepiej przyjść nie po pieniądze, ale znaleźć interesujący nas lokal i go zaprezentować w banku. Bank może wtedy zdecydować się na nawet drożdże mieszkanie, jednak w granicach naszych możliwości, jeśli jest wartościowe, a przecież własnością banku będzie jeszcze długie lata. No i miała rację.

I teraz przeglądanie Internetu… Ile tam tego jest! Od razu odrzuciliśmy wszystkie domki. Dlaczego? Boję się ich. Moje prawo. No i musiałabym mieszkać sama cały czas z wyjątkiem weekendów! Patrzyliśmy na dojazdy, interesujące nas pokoje lub gdzie można trzeci pokój wydzielić. Aż znaleźliśmy mieszkanie podwórko obok moich rodziców. Uznaliśmy, że może warto. 59m2, 3 pokoje, zabudowana loggia i 235.000. Drogo. Dużo drożej niż nasze możliwości, ale postanowiliśmy spróbować. Od razu dużo się dowiedzieliśmy: o kosztach podatku, notariusza, wkładzie własnym i ile kosztuje pośrednik. Za drogo. Mieszkanie jest tak naprawdę do kapitalnego remontu. W całym mieszkaniu panował PRL poza pomalowanym jednym pokojem, wymienionymi do niego drzwiami i pożal-się-boże remontem łazienki. Tata był kiedyś prezesem spółdzielni na osiedlu rodziców, więc powiedział byśmy poszli do rady i dowiedzieli się coś o tym lokalu. Pani nam nie powiedziała niczego wprost, ale dała do zrozumienia, że na mieszkaniu jest sprawa spadkowa, że zalegają z czynszem od kilku lat itp. No i że ta zabudowana loggia, nie może być teraz otwarta (planowaliśmy wywalić okna, by wróciła do stanu pierwotnego, wstawić siatki i by był mały balkonik zadaszony do siedzenia i dla naszych dwóch kotów) bo spółdzielnia jest po inwentaryzacji i dostaniemy za to ładną karę. Ponoć pozwolenie na wymianę okien też nie dostaniemy jak nie było wcześniej złożone. Nieciekawie. A pani naciskała na nas strasznie by podpisać umowę przedwstępną. Ale na szczęście, rodzice mieszkali blisko. Tata zauważył, że państwo z tego mieszkania się wyprowadza. Zadzwonił z gratulacjami. A my o niczym nie wiemy! Po dwóch tygodniach jak chłopak wrócił z delegacji (dlatego nie podpisywaliśmy umowy) i podjechaliśmy. Wprowadzali się nowy właściciele! A pani pośredniczka nadal dzwoni i chce podpisywać umowę. Poprosiliśmy o podgląd umowy na maila. Zgadzało się wszystko, włącznie z ulicą, ale nie brama i numer mieszkania. Chciała nas orżnąć.

Drugie mieszkanie jakie znalazłam, było w centrum. 4 piętro (bez windy), 2 pokoje, odremontowane i za 190.000. Trafiliśmy na firmę HE. Kto zna skrót, ten wie, co to za firma… Pan zanim pokazał nam mieszkanie, podpisał z nami umowę. Na ładną sumkę. I z góry zapowiedział, że po podpisaniu przedwstępnej generalnie ma nas w dupie. Chyba nie muszę mówić, że cena za pokazanie adresu i nic więcej była śliczna? No, ale byliśmy zainteresowani. Pani też. Mieszkanie należało do jej mamy, która przebywa aktualnie w sanatorium. Babci wysiadły kolana i dlatego sprzedawali mieszkanie, by kupić nowe niżej. Pan stracił w ogóle nami zainteresowanie i nie dawał pytać o jednak ważne rzeczy jak instalacja czy kanalizacja czy koszty utrzymania. Od razu babeczkę urabiał, że ma świetne oferty. Ona swoje, że mieszkanie już znaleźli. A ten dalej, oferty jakieś wyciąga. W pewnym momencie wyprosił nas z mieszkania bo przeszkadzaliśmy mu w rozmowie! Tydzień potem pani miała otrzymać pełnomocnictwa od matki i podpisać z nami umowę przedwstępną. Facet od wtorku dzwonił do nas codziennie by podpisać tą umowę, a ja jak mantrę powtarzałam „chłopak pracuje w delegacjach, jest w domu tylko w weekendy, a ja nie mam upoważnienia by podpisać za niego taką umowę ani nawet nie jestem stroną w sprawie!”. Nadszedł piątek. Od pani ani słowa, od faceta nagle cisza. A byliśmy w biurze na czas. Wszystkich zatkało w ogóle, że tam jesteśmy, nikt nic nie wie o żadnym podpisywaniu czegokolwiek. Po stwierdzeniu, że nie wyjdziemy stąd bez umowy pracownicy wykazali się kreatywnością i znaleźli szefa w jakieś 45 min. Pan miał drugą agencję nieruchomości 2 bramy dalej pod inną nazwą. Oceńcie sami co o tym myśleć. Okazuje się, że pani nie odbiera telefonów ani nic od tego pana, on nie wie co się dzieje, ale zasypał nam masą innych ofert. Znaleźliśmy ofertę na to samo mieszkanie w innej firmie. Pani bez problemu odebrała od nich telefon. Okazało się, że jakiś cham i buc codziennie do niej wydzwaniał. Super, do nas też. Tylko do niej jeszcze z ofertami mieszkań. Pani obiecała podpisać umowę przedwstępną jak tylko jej mama wróci w połowie października. Umówiliśmy się na konkretny poniedziałek, bo pani chciała jeszcze odpocząć po sanatorium. Chłopak wziął wolne. Wychodziliśmy z domu, jak zadzwonił do nas telefon od drugiego pośrednika. Pani nie przyjeżdżała do nich na spotkanie więc zadzwonili do niej i nie sprzeda mieszkania nam, tylko jednak komuś z rodziny. Autentycznie, spakowałam wszystkie rachunki, wycenę dniówki pracy Dominika, miesięczne rachunki, ile kosztował go bilet pociągiem by dojechać do pracy na delegację i pojechałam do tego babska. Przetrzymała nas 3,5 tyg! Nie mogła mówić, że nie jest pewna? Musiała obiecywać? Uważam, że powinnam nam zwrócić pieniądze za ten miesiąc jak czekaliśmy i szliśmy w koszta! Ale nikogo nie zastałam. Trzy razy. Dodam, że mieszkanie nadal stoi, wygląda na nie zamieszkane.

Byliśmy, za przeproszeniem, w czarnej dupie. Był koniec października, a tylko do końca roku można było kupić ustawowo mieszkanie z 5% wkładu własnego. Tyle mieliśmy. Nie dało się więcej oszczędzić skoro tutaj co miesiąc droższe rachunki. Pomyślałam o mamie przyjaciółki. Przecież ona zajmuje się gruntami, ale może na mieszkaniach też się zna. Znała. Wysłuchała czego potrzebujemy (duży metraż, musi być strych lub piwnica, max 2 piętro (jestem osobą po wypadku i nie wyobrażam sobie latać z 4 piętra z wózkiem i dzieckiem, które jednak chłopak planuje), balkon niekoniecznie, ale było by fajnie, minimum 3 pokoje (1 dla kogoś kto by z nami mieszkał, salon i sypialnia) blisko komunikacji miejskiej, żaden wypizdów). W ciągu 3 dni znalazła mieszkanie za 279.000zł. Za dużo jak dla nas, ale właśnie to je kupiliśmy. Blisko centrum (5min autem, 10 min piechotką do pętli tramwajowej, 10min do rynku autem), lasy blisko, w promieniu 5 min drogi mam 3 sklepy, pocztę, przedszkole, kościół i podstawówkę. Do tego nie są to tereny zalewowe, ba, w 1997 roku podczas powodzi stulecia tylko studzienki kanalizacyjne tutaj wybiły bo to jest góra Odry. Dookoła cisza i spokój. Nawet podeszłam do Społem zapytać czy mają problem z menelami – nie ma takiego problemu. Skąd to pytanie? Bo jest kilka różnych typów (wszystkie poznane na pierwszym wynajmowanym mieszkaniu) – są mili, wdzięczni za każdą okazaną pomoc i tacy co rozwalą się Ci pod drzwiami do mieszkania i człowiek boi się wyjść, albo co gorsza – pod drzwiami leją i wpływa Ci do mieszkania! A teraz mieszkam na ostatnim piętrze, czyli tym, gdzie zwykle koczują. A samo mieszkanie? Nie wymaga natychmiastowego remontu (choć luksusów też nie ma, powiedźmy że jakieś lata 80-te Niemcy), no i hall (przedpokój toto nie jest) prosi o litość. Ma 79m2, lekkie skosy, więc część mieszkania jest niższa i tam zrobimy sypialnię (przecież człowiek tam robi głownie rzeczy od których nie wymaga stania) z garderobą, duża widna kuchnia itp. Brak mu balkonu, ale płakać nie będę. Do tego strych(16m2) i piwnica (30m2!). Zdecydowaliśmy się od razu. Zwłaszcza, że mieszkanie nie jest częścią spółdzielni, ale wspólnoty. Czynsz to niecałe 150zł miesięcznie plus media. Ogrzewanie elektryczne, ale wszystkie dokumenty na gazowe państwo posiadają, a piece jeszcze na gwarancji (edycja po roku – zapłaciliśmy za prąd za pół roku, na które przypada sezon grzewczy około 2000, ale sąsiedzi za ścianą z połową naszego mieszkania 4200, a sąsiad na dole co ma ogrzewanie i 2/3 naszego metrażu 3500, więc elektryczne nie jest wcale takie złe, a było ciepło!). Jednak ja do ogrzewania gazowego nigdy nie byłam przekonana, zwłaszcza, że strasznie dużo nie płacili i budynek na wiosnę ma być w całości ocieplany. Ostateczna cena za mieszkanie to 225.000 + podatek i notariusz. Niestety, bank sprzedających (Getin) robił im straszne świństwo i promesę wydawali 3 miesiące [!] w międzyczasie weszła w życie nowa ustawa o 10% wkładu własnego. Pomogli nam przyjaciele. Zawsze zastanawiałam się jak czytałam w gazetach jakim idiotą trzeba być by wziąć dla kogoś kredyt, a tutaj zaoferowała się masa osób. Ludzie chcieli się dokładać oszczędnościami  życia. Szok. Mamy lepszych przyjaciół niż większość rodziny. Przyznam się, że do końca się bałam, że podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich mieszkań ktoś chce nas zrobić w jajo, a z drugiej strony poznałam tych ludzi. Niesamowicie sympatyczni i pozytywni, którzy muszą je sprzedać. W chwili zwątpienia nawet zaczęłam przeglądać inne oferty mieszkań i… Znalazłam właśnie to mieszkanie w ofertach wcześniej wspomnianej firmy HE. Zadzwoniłam do sprzedających i okazało się, że oni nic nie wiedzą na ten temat! Byli zszokowani. Od początku nie szukali pośredników, nie wiedzą skąd mają zdjęcia mieszkania itp. Ba, od znajomych dowiedzieliśmy się jak firma działa. Znajduje zdjęcia w necie i wstawia jako oferty. Dzwoni się i te, których nie mają są „już sprzedane” ale mają inne do pokazania. Znajomych mieszkanie w serwisach w necie wisi od… 3 lat. Prosili by usunęli zdjęcia, grozili, ale firma HE ma ich generalnie gdzieś i nadal je prezentują na stronach www. Jedyne co zmienili to dzielnicę. Dotrwaliśmy do szczęśliwego końca. Głównie dzięki nieocenionej mamie przyjaciółki i doradcy finansowemu (którego notabene mieliśmy za darmo, bo mamy kilka ubezpieczeń w Avivie). Naprawdę złoci ludzie. Jeśli ktokolwiek byłby zainteresowany kontaktem do nich – z chęcią podam.

Po tych wszystkich perypetiach nie uważam się za eksperta do spraw kupna mieszkania, papierkami zajmuje się mój Dominik (którego namawiam na opisanie wszystkiego co trzeba i powinno się zrobić).

Na co zwracać uwagę?
Na pośredników – czasami płacą im nie tylko kupujący za podanie adresu (należy się targować!) ale i właściciele lokalu! Sprawdźcie firmę! W umowach są kruczki, tzw zapisy abuzywne!
Na oferty – z kiedy, czy można obejrzeć mieszkanie itp. Czasem warto obrazki wrzucić do google images i sprawdzić czy mieszkanie nie widnieje od wielu lat w ofertach jako tzw. wabik. Sprawdzajcie czy nie ma wanny w kuchni lub prysznica!
Czynsz – stać was na spłatę kredytu? Fajnie, ale czasem ponad połowę waszej raty to czynsz do spółdzielni. Warto zapoznać się z tymi kosztami.
Ogrzewanie – oczywiście, że najtańsze to miejskie (ale tylko z podzielnikami, u nas nie było podzielników na wynajmowanym i kazali sobie chore kwoty płacić za nie), potem gazowe i na końcu elektryczne. Ale warto sprawdzić czy budynek jest ocieplony, czy nie skrajne mieszkanie i ile płacili poprzednicy. Może się okazać, że elektryczne nie robi dużej różnicy, a jest bezpieczniejsze. No i zawsze można zmienić dostawcę.
Historia mieszkania – smutne ale prawdziwe: mieszkania z czasów PRL jeśli sprzedają oryginalni właściciele, chcą za nie bajońskie kwoty. Wydaje im się, że skoro tak wyczekali to mieszkanie, tyle było kiedyś warte to nadal jest. Nie widzą, że nie mają wind, ściany są krzywe i wielu innych mankamentów ówczesnego budownictwa. Warto podpytać sąsiadów czy nie było zalań, czy nie mają grzybów lub niechcianych mieszkańców. Warto popytać o sąsiadów, czy nie ma jakiś problematycznych. Ta wiedza może znacznie zmniejszyć kwotę sprzedaży!
Instalacja – jeśli rury to kanalizacja PCV, a doprowadzające miedziane, jeśli elektryka to miedziana o odpowiednim przekroju. Jeśli jest inna – możecie zbić cenę i wymieniajcie!
Okolica – warto przemyśleć czy mieszkać koło cukrowni, gdzie w największe upały będzie trwała kampania cukrowa i spędzać się będzie 30 lat z zamkniętymi oknami.
Dojazd – warto pamiętać, że w mieszkaniu będziemy mieszkać większość życia, a pracę zawsze można zmienić. Nie patrzcie pod kątem dojazdów tylko i wyłącznie!
Ubezpieczenie – bank wymaga ubezpieczenia tylko murów! Ubezpiecz wszystko. My polecamy w Avivie. Przy niewielkiej (ok. 50zł) różnicy mamy ubezpieczony sprzęt, instalacje i opłacenie nawet taksówki dla hydraulika. W cenie mamy ochronę nawet przed lawiną błotną i samolotem. Pamiętajcie, że nie wiecie jakich macie sąsiadów. Nosi się często niewiele warte rzeczy w kartonach po telewizorach i sprzęcie komputerowym. Nie wiesz czy ktoś was nie obserwuje, nie okradnie. Na samym początku mało kto instaluje alarm lub wymienia drzwi. Często ludzie nawet po wyprowadzce nie zmieniają zamków po poprzednich lokatorach!
Cena – zawsze próbować zbić cenę. Zapoznać się z podobnymi mieszkaniami w innej lub w tej samej okolicy, pokoje itp. Mieszkania tańsze, do remontu często bardziej są opłacalne.
Księga wieczysta – ważna rzecz – zapisy w niej! Trzeba sprawdzić czy nie ma obciążeń i służebności (po kilku latach może pojawić się wam w domu ktoś, kto będzie prawnie mógł mieszkać, korzystać wszystkiego co macie i nic za to nie płacić i będzie na warunkach mieszkańca. Np. zaprosi wam gości na wigilię lub zrobi imprezę na 50 osób).

Tagi: , , ,




Góra ↑
  • Instagram

  • Bloglovin’

    Follow
  • Facebook

  • Polecam!

  • Czas wolny